"Wcześniej przez myśl nam nie przeszło, że otworzymy lokal z frytkami" - wywiad z franczyzobiorcami

ROZMOWA z Sylwią Poradzisz, franczyzobiorcą marki "Frytki Belgijskie w Krakowie"

"Wcześniej przez myśl nam nie przeszło, że otworzymy lokal z frytkami" - wywiad z franczyzobiorcami

Opublikowany

W Krakowie od 2013 roku działa streetfoodowy lokal, mający renomę jednego z najlepszych w Małopolsce. Niezależnie od pogody po frytki belgijskie ustawiają się długie kolejki, a stali klienci gotowi są po nie jechać z drugiego końca miasta, bo – jak mówią - ich smak to petarda. Także ludzie, dla których skład chemiczny produktów spożywczych nie ma tajemnic chwalą ich jakość. Sylwia Poradzisz, mikrobiolog, wraz z mężem Jakubem otworzyli już w Krakowie dwa punkty franczyzowe z frytkami belgijskimi i zachęcają do tego innych. Firma weszła właśnie w etap ekspansji terytorialnej i zamierza wyjść poza granice Małopolski, by podbić stolicę Polski i nie tylko.

Jak to się stało, że weszliście Państwo w „frytkowy” biznes? Mieliście doświadczenie w branży gastronomicznej?

Sylwia Poradzisz, franczyzobiorca sieci „Frytki Belgijskie w Krakowie”: Nie, zupełnie. Ja jestem mikrobiologiem, pracuję w laboratorium, a mąż prowadzi firmę konsultingową i wcześniej przez myśl nam nie przeszło, że otworzymy lokal gastronomiczny, ba, nawet lokale, bo teraz już jesteśmy właścicielami dwóch punktów z „Frytkami Belgijskimi”. Mieliśmy wprawdzie uskładany kapitał i energię do działania, chcieliśmy w coś zainwestować, ale zupełnie nie mieliśmy pomysłu w co. „Frytki Belgijskie” to było jak olśnienie. Od dawna przewijały się w naszym życiu. Poznaliśmy właścicieli – Mateusza Szpaka i Łukasza Wilka i któregoś razu powiedzieli, że myślą o rozwinięciu interesu i zaczynają szukać franczyzobiorców. Popatrzyliśmy z mężem na siebie: dlaczego nie my?

Kiedy otworzyliście pierwszy punkt?

Umowę podpisaliśmy w ubiegłym roku w lutym. Oczywiście wcześniej kilka tygodni zastanawialiśmy się, analizowaliśmy, szacowaliśmy. Obserwowaliśmy też naszych przyszłych partnerów. Widzieliśmy do czego doszli w tak niedługim czasie. Jaką wagę przykładają do jakości (na tym nie ma oszczędności), na jakim poziomie jest obsługa klienta, że nie chodzi tylko o zysk, ale przede wszystkim o uczciwy produkt. Ludzie przychodzą do nich nie tylko na ulubione frytki, ale też fajnie spędzić czas. Oczywiście mieliśmy mnóstwo wątpliwości, baliśmy się, że nie damy rady, ale 1 kwietnia 2017 - w Prima Aprilis -  otworzyliśmy nasze „Frytki Belgijskie w Krakowie”. I było wesoło.

Pani jako mikrobiolog z pewnością zwracała uwagę na każdy szczegół. Jak wygląda cały proces serwowania frytek belgijskich?

Jakość jest dla mnie niezwykle ważna, więc przyglądałam się procesom technologicznym bardzo dokładnie, pod lupę wzięłam każdy składnik i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że te frytki są street foodem najlepszej jakości. Zgodnie z recepturą smażone są dwukrotnie, w różnych temperaturach. O żadnym starym tłuszczu nie ma mowy. Mieliśmy całe szkolenie o tym jak rozpoznać moment, w którym trzeba zmienić tłuszcz. Jednak sekretem tych frytek są sosy. Właściciele sieci potrafią wycofać dany sos na jakiś czas, ponieważ nie ma dostępnych wysokogatunkowych składników, z których się go wyrabia. Wszystkie sosy i majonez robione są według autorskiej receptury. Ja na przykład przepadam za andaluzyjskim, ale jest on dostępny tylko w sezonie na hiszpańską paprykę. Czasami, kiedy jedziemy w dalszą trasę próbujemy frytek w innych miejscach i moje córki często nie chcą ich jeść. Mówią, że do naszych się nie umywają. Nie ma chyba lepszej reklamy.

Były trudne momenty po otwarciu punktu?

Jasne, że tak. Poziom stresu w pierwszych tygodniach po otwarciu jest dość duży. Trzeba nauczyć się specyfiki gastronomii. Zadawaliśmy naszym opiekunom wiele razy te same pytania dotyczące zapatrzenia, logistyki, sprzętu itd. Nie byli zniecierpliwieni. Zawsze o każdej porze dnia, a nawet nocy dostawaliśmy wyczerpujące wyjaśnienia. Dzięki temu nie popełniliśmy wielu błędów jakie zdarzają się początkującym, nie płaciliśmy tzw. frycowego. Na przykład w kwestii sprzętu dostaliśmy konkretne wytyczne, gdzie i co kupić. Pracy było dużo, ale nie porzuciłam etatu, nie ucierpiała na tym rodzina. I gdybym po raz drugi miała podjąć decyzję o otwarciu własnego lokalu, to z dzisiejszą wiedzą zrobiłabym to ze 100-procentową pewnością. Odkrywam w sobie biznesową żyłkę.

Lokal od razu się przyjął? Pierwsze tygodnie zazwyczaj bywają decydujące.

Mateusz i Łukasz uprzedzili nas - i z perspektywy czasu wiem, że mieli rację - że pierwszy miesiąc jest zwykle dobry, bo działa efekt nowości. Najtrudniejsza dla street foodów jest zima. Ciemno, mróz, ludzie niechętnie wychodzą z domu. I rzeczywiście zima była słabsza, ale nie tragiczna. Przetrwaliśmy.

Kiedy zapadła decyzja o otwarciu drugiego punktu?

Po zimie właśnie! W lutym, kiedy już wiedzieliśmy, że minęły najgorsze miesiące, postanowiliśmy, że otwieramy drugi lokal. Obydwa mają zupełnie inną specyfikę. Pierwszy działa przy ul. Niemcewicza, poza centrum, w gastronomicznej pustce, obok jest tylko punkt z lodami. Został bardzo przychylnie przyjęty przez ludzi z osiedla. Drugi znajduje się w popularnym streetfood parku „Dworek” przy ul. Pawiej 30, gdzie funkcjonuje wiele fastfoodów. Otwarcie kolejnego punktu było już o wiele łatwiejsze. W zasadzie sieć zrobiła za nas prawie wszystko i tak jak obiecywała dostaliśmy klucz do urządzonego lokalu.

Porozmawiajmy jeszcze o pieniądzach? Jaki kapitał trzeba mieć, by otworzyć lokal z „Frytkami Belgijskimi”. I kiedy można liczyć na zwrot kosztów inwestycji?

Pierwszy punkt kosztował około 100 tys. zł. (w kwocie tej ujęte są już wszystkie wydatki). Drugi jest bardziej samoobsługowy, lepiej urządzony, był więc droższy -  zainwestowaliśmy w niego ok. 130 tys. zł. Zatrudniamy siedem osób, co sporo kosztuje. Jednak nawet biorąc pod uwagę bieżące wydatki regularnie generujemy zyski, które już w najbliższych miesiącach powinny przynieść zwrot kosztów pierwszej inwestycji.

Jakieś rady dla początkujących?

Nie zapewnię, że wszystko będzie szło jak z płatka. Gwarantuję, że pracy będzie dużo, ale możecie liczyć na ogromne wsparcie franczyzodawcy. Z „Frytkami Belgijskimi” się uda. Jeśli więc ktoś ma energię i chęci, by otworzyć coś swojego, to nie ma się czego bać, tylko trzeba ruszać do przodu. Good luck.

Kopiuj tekst

Udostępnij

Załączniki

Pobierz wszystkie

Frytki_SylwiaPoradzisz._MEDIA.pdf

pdf | 200 KB

Pobierz
Frytki_SylwiaPoradzisz._MEDIA.doc

doc | 177 KB

Pobierz
Sylwia_wywiad.txt

txt | 6,37 KB

Pobierz
IMG_3016.jpg

grafika | 2,04 MB

Pobierz
IMG_3026.jpg

grafika | 1,39 MB

Pobierz
Powiązane artykuły
Klinika Salamandra kończy rok

temu

Stałe klientki Salamandra Beauty Clinic wiedzą, że jest okazja do świętowania. Salon kosmetyczny kończy właśnie rok i z tej okazji zaprasza  w niedzielę na urodziny. Będzie oczywiście tort, ale fit. A poza tym mnóstwo nagród! Można na przykład wygrać BMW X2 na weekend.
Branża, która ma przyszłość

temu

TSL (transport, spedycja, logistyka) – to branża, która na przestrzeni ostatnich lat mocno rozwinęła skrzydła, stawiając na doświadczonych pracowników, nowoczesne tabory transportowe i sprzęt najwyższej generacji. Świadczą o tym liczby – 200 tysięcy firm w Polsce zajmuje się transportem, a wynajęta powierzchnia magazynowa w 2017 roku przekroczyła 3 mln mkw.
Grillowanie według teorii pięciu przemian

temu

Lato rozkręca się na dobre i niemal w każdym zakątku Polski wszechobecny jest zapach grillowanych potraw. Od kliku lat to właśnie grill jest narodowym symbolem urlopu i wypoczynku. Mało kto odmawia sobie w tym czasie rumianej kiełbaski, przypieczonej karkówki czy drobiowych szaszłyków ...  Oczywiście we wszystkim potrzebny jest umiar, jednak po sutym barbecue warto pomyśleć o skutecznym oczyszczeniu organizmu.
Kleszczowe zapalenie mózgu - groźne i nieprzewidywalne

temu

Kleszczowe zapalenie opon mózgowo - rdzeniowych i mózgu jest groźną chorobą ośrodkowego układu nerwowego. Niejednokrotnie występują po niej powikłania pochorobowe. To najczęściej uporczywe bóle głowy, zaburzenia psychiczne, a nawet niedowłady.

Niepłodność męska nie boli i w XXI wieku to wciąż temat tabu...

- Kobieto! Ja jestem facetem i nie mogę być bezpłodny. Przebadaj się sama! – takie słowa nieraz słyszał w zaciszu swojego gabinetu dr n. med. Jan Domitrz, specjalista położnictwa, ginekologii i endokrynologii z Centrum Medycznego Artemida. Z jego doświadczeń wynika, że choć mamy XXI wiek, to wielu mężczyzn do tematu niepłodności podchodzi z wstydem, dystansem, a zdecydowana większość nie dopuszcza do siebie myśli, że to oni odpowiadają za brak potomstwa w związku.